Kumano Kodo czyli japońskie lato vs my, w nie-takim-wcale skrócie

O Kumano Kodo czyli starożytnym japońskim szlaku pielgrzymkowym dowiedziałam się przypadkiem w zeszłym roku. Jedna ze znajomych zastanawiała się czy w ten sposób nie spędzić długiego weekendu jesienią. Koniec końców się nie zdecydowała – dla równowagi więc wybraliśmy się my. Latem.

Tegoroczne lato nie oszczędza. W Japonii, którą w tym roku nawiedzają wszystkie możliwe plagi – najpierw silne trzęsienie ziemi w Osace, następnie tragiczna w skutkach powódź, trwa najbardziej upalne lato od lat. Upał sięga 43 stopni Celsjusza!

Po krótkiej wymianie maili z oficjalnym biurem turystycznym prefektury Wakayama, w której znajduje się część trasy Kumano Kodo, i potwierdzeniu, że powódź nie dotknęła tego regionu zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów i przejść trasę nawet pomimo upałów. I było to..delikatne ujmując, wyzwanie.

Podróż rozpoczęliśmy w sobotę z samego rana – najpierw metrem do stacji głównej Tokio, następnie shinkansenem (super szybki pociąg) z Tokio do Shin-Osaki, z Shin-Osaki do Kii-Tanabe kolejnym pociągiem, a na sam koniec autobusem z dworca Kii-Tanabe do Takijiri-oji gdzie rozpoczęła się nasza piesza przygoda.

IMG_9441

Pierwszego dnia mieliśmy do przejścia tylko kilka kilometrów, spora część z nich niestety pod górkę, więc pot lał się ze mnie hektolitrami. Dotarliśmy do naszego pierwszego noclegu około godziny 15:00 i, nie chcąc budzić naszego gospodarza (którego zastałam smacznie śpiącego w małym budyneczku obok domu), przysiedliśmy na ganku, zjedliśmy po bananie rozkoszując się widokiem. Oj, było na co popatrzeć!

IMG_3585

Kiedy właściciel się obudził mogliśmy na spokojnie wziąć prysznic (łazienka z widokiem!)

IMG_9473

i zjechać razem z nim kilka kilometrów krętą drogą do wioski. Po szybkich zakupach wróciliśmy na miejsce i zalaliśmy nasz wegański, kupiony hurtem na Amazonie, samurajski ramen. To jak rewelacyjnie smakuje jedzenie po całym dniu podróży przekracza ludzkie pojęcie:) Zostaliśmy też poczęstowani umeshu  (梅酒) czyli super słodkim śliwkowym winem domowej roboty.

Na zdjęciu śliwki, suszone na słońcu..solone O_o Gospodarz w gratisie.

IMG_9453

Udało nam się, pomimo zmęczenia, wytrzymać do zapadnięcia zmroku – nasz gospodarz zachwalał fakt, że w nocy widać wszystkie gwiazdy, czasem nawet i Mleczną Drogę. Nie kłamał!

Poranne widoki również były niczego sobie:)

IMG_3609

Zebraliśmy się z samego rana i ruszyliśmy przed siebie, tym razem w kierunku wioski Chikatsuyu.

 

Przejście tej trasy zajęło nam około 5 godzin, dzięki czemu mieliśmy czas na zwiedzanie wioseczki za dnia, przed otwarciem naszego kolejnego noclegu. Na początku nie byliśmy z tych nadprogramowych godzin super zadowoleni (przypominam, że na plecach nosiliśmy cały nasz dobytek) – udało nam się jednak znaleźć onsen oraz przecudowne zacienione miejsce nad rzeką, pod starym mostem. Cudo!

IMG_9588

Udało nam się też znaleźć mini sklepik z pamiątkami, to właśnie tam zakupiłam Yatagarasu Darumę czyli darumę z wizerunkiem 3-nogiego kruka, przewodnika bogów. Tam też spróbowaliśmy mikanowego (mikan (みかん) – japońska mandarynka) sorbetu na patyku oraz lokalnego piwa:)

IMG_9590

Następnego dnia zerwaliśmy się skoro świt, bo czekał nas najtrudniejszy dzień – 11 godzin z pogodą bez zmian – wypalającą mózg. Nie będę teraz strugać bohaterki i przyznam się od razu (zanim zrobi to za mnie mój partner:>) – w pewnym momencie ze zmęczenia i odwodnienia popłakałam się kompletnie! Na szczęście się udało, widoki też trochę wynagradzały.

 

Po wielogodzinnym marszu dotarliśmy do ostatniego punktu naszej podróży czyli do wioski słynącej z onsenów – Yunomine.

IMG_3624

IMG_3629

Najpierw sklep: woda i lody wodne (w Japonii bardzo popularne są lody o wdzięcznej  nazwie – garigari kun, o których powstanie w końcu osobny wpis, bo kocham je miłością wieczną, a które zazwyczaj są wegańskie..i słyną z tego, że są trochę jak fasolki Berniego Botta – we wszystkich smakach:), potem krótki spacer do naszego ostatniego noclegu – Ryokanu Yunomineso.

Ryokan Yunomineso najlepsze dni ma już za sobą, ale zadbał o nas tak, że teraz, pisząc Wam o tym, mam znowu łzy w oczach. Przede wszystkim: jedzenie. Powiadomiliśmy obsługę dobry miesiąc przed przyjazdem, że byłoby nam bardzo miło gdyby przygotowali dla nas coś wegańskiego, ale – przyzwyczajeni już do życia w Japonii – nie spodziewaliśmy się fajerwerków. Dzięki temu też, kiedy wjechała kolacja złożona z 12 dań, z instrukcją obsługi, nie mogłam uwierzyć swoim oczom.

IMG_9636IMG_9637

Pokój, cudownie chłodny kiedy na dworzu panuje skwar nie do opisania, z lodówką z zimną wodą i alkoholem do wyboru, z widokiem z balkonu, który trudno opisać (a zdjęcie robione pralką Frania, więc nie oddaje piękna).

IMG_9639

Do tego onsen z prawdziwego zdarzenia, w tym nawet tzw. onsen rodzinny czyli prywatny (dzięki temu mogliśmy skorzystać z niego we dwójkę, zamiast osobno, z podziałem na męskie i żeńskie).

Następnego dnia rano śniadanie, równie smaczne i podwózka (za co moje stopy dziękują do dzisiaj) na przystanek autobusowy w centrum wsi. Stamtąd już do Kii-Tanabe, następnie Osaka (i burgery w Vegan Burg) i do domu.

Kumano Kodo to rewelacyjna przygoda, piękne widoki i cudni ludzie spotkani po drodze – jako że wszystkich nas łączył upał standardem była ta sama wymiana zdań 1: Totemo atsui desu ne (Gorąco dzisiaj, nieprawdaż?) 2: So desu ne (Oj, tak!), ale i tak przyjemnie było wymieniać uśmiechy z każdą napotkaną osobą.

Przyznam jednak, że następnym razem wolałabym przejść tę trasę jesienią;)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s